Rodzina, praca i „cała reszta”

work-life-balance

Jak ogarnąć życie zawodowe kiedy ma się rodzinę…?

 

Zapewne powiedzą Wam o tym nowocześni, zaznajomieni z organizacją czasu ludzie sukcesu. Ci znający przepisy na wszystko (karierę, rodzinę, udany seks i złamane serca) specjaliści od cudzego życia i cudzych problemów. Ci wszechwiedzący, których na świecie obecnie jest więcej, niż tych, którym zależy na ich poradach.

Ja przyznam, że nie wiem na ten temat nic. Nie mam ani teorii, ani pomysłów – mam tylko wrażenie, że to jakoś mi się to wszystko (póki co) udaje.

Hej, Pracoholiku! 

 

Czy kiedy pracy jest za dużo i zmęczenie daje się we znaki marzysz o miejscu, w którym można zapomnieć o stresie, „fakapach”, deadline’ach i kontraktach? Marzysz, by mieć taką przestrzeń na wyciągnięcie dłoni? Nie musi to być pusta plaża czy dom na Mazurach – czasami wystarczy miejsce między męskim ramieniem a brudną buzią pięciolatki, która właśnie wróciła z piaskownicy. Miejsce, które gwarantuje spokój i bezpieczeństwo po najbardziej męczącym dniu. W którym można odpłynąć i nie martwić się niczym, gdy poziom percepcji, który reprezentujesz wygląda mniej więcej tak:

giphy2

Kraina Gwarantowanego Spokoju to nie zawsze plaża na Bahamas – czasami ciągnie się po linii naszej sklejonej trójki, w mieszkaniu, które straszy bałaganem, bo pod moją nieobecność nie opłaca się sprzątać (i tak powiesz, że mam coś poprawić). Od jego ust, za jej plecami, wzdłuż kręconych, sklejonych jedzeniem włosów i z powrotem – do jego ramienia, którym nas zamyka mówiąc: nie zdążyłem włączyć zmywarki (no tak, nie było mnie tylko 4 dni), ale kupiłem dobre wino (no… dobra). Za tą granicą odsypiam wszystkie projekty i realizacje. Bo mąż ścisza cały świat wokół, opuszcza rolety i zamyka delikatnie drzwi, w tym samym momencie, w którym pod kołdrę włażą za mną pięcioletnie obsypane siniakami nogi i w którym słyszę: no głaskaj. Zaraz potem uciekam w sen. Z tymi nogami na brzuchu, na szyi albo na twarzy. Resztkami sił głaszczę i…

Mam poczucie, że ogarniam.

Skąd te bezczelne wnioski?

Po pierwsze: nie wmawiam sobie nieprawdy. To nie jest sytuacja idealna dla dziecka. Ono tęskni. (Nie masz dzieci? Kot i pies też tęskni.) Żadne zabawki przywiezione z delegacji mu tego nie wynagrodzą. Powszechna teoria głosi, że straconego w ten sposób czasu nie da się nadrobić. Mnie ratuje spojrzenie na sytuację z drugiej strony. Czy ten niby stracony czas, to nie jest tak de facto czas zyskany? Z tatą, wujkiem, ciocią czy dziadkami? Oczywiście, myśleć tak mogą tylko ci, którzy mają to szczęście, że w opiece nad dzieckiem nie są sami. Czyli, nie chwaląc się, na przykład ja.

dziadek

Po drugie: tłumaczę do upadłego. Że kiedy rzucam mężowi do słuchawki nie wiem, zdecyduj sam, nie mogę teraz to wcale nie oznacza, że mam gdzieś to, gdzie pojedziemy na wakacje, czy jaki prezent kupi naszym znajomym na wesele – oznacza to tylko tyle, że teraz nie mogę poświęcić ani minuty na refleksje na ten temat. I że swojego zdania dorobię się prawdopodobnie dopiero wtedy, gdy event/projekt będzie się miał ku końcowi.Tłumaczę, że kocham, myślę, tęsknię, ale nie jestem w stanie zapewniać o swoich uczuciach jak na live streamie właśnie wtedy, gdy kelner się potknął, firma cateringowa zalicza obsuwę, a zespół muzyczny utknął w korku na autostradzie. Niestety w pracy otaczam się niewidzialną kopułą i na kilkanaście godzin, a czasami i cały dzień, zapominam o prywatnym telefonie, a mąż z najważniejszymi rzeczami dzwoni wtedy na służbowy. Nie chwaląc się – bardzo rzadko dzwoni.mega

Po trzecie: uczę się korzystać z możliwości, jakie dają nowe technologie. Rozmowa on line z dzieckiem przed snem. O tym, co w przedszkolu, na podwórku i w świecie Furby. FB Messenger, Snapchat i inne takie umożliwiają wspólne mycie zębów, czytanie bajek i rozmowy wieczorową porą, o ile masz naładowany telefon/laptop i nie masz problemu z dostępem do internetu. Czyli prawie zawsze. Enjoy! Chociaż przez parę minut.

Po czwarte: nie udowadniam światu (i sobie) nic na siłę. Nie jestem Shivą, nie mam kilku par ramion do ogarniania domu i pracy jednocześnie. Nie mogę (nie chcę!) słuchać uwag klienta jednym uchem, kiedy do drugiego docierają historie pięciolatki o problemach w świecie lalek. Nie mogę (nie umiem!) być w dwóch miejscach jednocześnie. Multizadaniowość, którą tak się szczycą kobiety ma w moim wykonaniu swój zasięg terytorialny. Potrafię jednocześnie gotować zupę i wieszać pranie – w domu, potrafię jednocześnie rozmawiać przez telefon z klientem i drukować harmonogramy – w pracy. Ale NIE POTRAFIĘ rozmawiać z managerem zespołu o realizacji ridera, i śpiewać dziecku na dobranoc. I wydaje mi się to raczej normalne. Na tyle, by nie popadać w stany depresyjne z powodu poczucia nieprzystosowania do współczesnych czasów.

dozrobienia

Po piąte: zapraszam. Rodzinę i znajomych do odwiedzenia mojego eventu. Fajny koncert, wystawa, show, targi – jeśli tylko mam taką możliwość to przygotowuję pulę wejściówek dla tych, którzy są ważni. Przede wszystkim dla dziecka i męża. A w dalszej kolejności dla reszty. Rodzina i bliscy znajomi po pierwsze doceniają ten drobny gest, a po drugie… mają okazję zobaczyć, dlaczego przez ostatni miesiąc nie miałam dla nich zbyt wiele czasu. I zrobić sobie pamiątkową fotkę na przykład.

anka

Po szóste: tłumaczę dziecku, że praca to nie jest kara boska. Statystycznie rzecz ujmując w pracy spędzamy 2 129 dni i 21 godzin swojego życia (tak podają iling.pl oraz mirror.co.uk).

-Czy chciałabyś, Haniu, spędzić tak dużo godzin w miejscu, którego nie lubisz?

-Nie, nie chciałabym tak długo robić szlaczków w przedszkolu

Tłumaczę jak mogę i kiedy tylko jest okazja – że praca także może być jednym z powodów, dla których rano chce się  (a nie tylko TRZEBA) zrywać z łóżka. Że jeśli nie będzie w ten sposób patrzyła na przedszkole, balet czy zajęcia z angielskiego to kiedyś w końcu jedyną opcją, jaką zobaczy przed sobą, będzie jedno wielkie NIC.

Szkoda życia (i 8 godzin etatu dziennie) na jedno wielkie nic.
Dla tego NIC – to szkoda się edukować i dorastać. Prawda?

indeks

Po siódme: potępiam zachowania typu „attention whore”. Znam żony zapracowanych mężów, które wiedząc, że pracują wydzwaniają po kilka razy dziennie, by opowiedzieć o tym, jaką kupę zrobił najmłodszy i jakiego wierszyka nauczyła się starsza. Nie mogą z tymi historiami, nie wiedzieć czemu, poczekać do wieczora, by w spokoju usiąść, zjeść kolację i opowiedzieć wszystkie zatrzymane w pamięci momenty z całego dnia. Nie wiedzieć czemu twierdzą, że w dniu wypełnionym stresem i obowiązkami najważniejszą informacją dnia będzie stan podgorączkowy dziecka (bo żeby chociaż rzeczywiście zadzwonił do niej z informacją o grypie…). Mężu/Żono,czy Ty wiesz, jak trudno radzić sobie ze stresem związanym z pracą, kiedy najbliższa ci osoba dorzuca jeszcze do miecha uwagi, przytyki i wyrzuty sumienia. Wiem, że dzieci tęsknią. Wiem też, że za parę godzin się spotkamy. Daj pracować i ciesz się domem. Nadejdzie pewnie przecież moment zamiany ról – wtedy zrozumiesz dlaczego to takie ważne.

Po ósme (OSTATNIE I NAJWAŻNIEJSZE): doceniam najbliższych. Mam świadomość, że moja najbliższa rodzina także współtworzy imprezę, którą organizuję (na szczęście jeszcze nie wpadli na to, bym im odpalała część pensji). Event plannerem jest mąż, który reprezentuje nas oboje na szkolnej akademii, kiedy nie mogę pójść, który radzi sobie z radościami i troskami 5-latki, kiedy nie ma mnie obok, który jeździ z chorą córką do lekarza i naprawia samochód, a mnie informuje jedynie o efekcie finalnym, nigdy w międzyczasie, by nie dokładać kolejnych tematów do ogarnięcia i emocji do przeżywania. Niesamowitymi organizatorami są moi teściowie i moja mama, którzy każdy dzień mojej nieobecności zamieniają Hani w przygodę, dzięki której nie ma czasu na to, by myśleć o oddalonej o kilometry mamie. Którzy pamiętają o wizycie u dentysty, albo próbnej lekcji angielskiego, kiedy ja chwilowo myślę tylko o tym, czy mord na nierzetelnym podwykonawcy mógłby być uznany za zbrodnię w afekcie. I którzy nigdy mnie za niedociągnięcia nie potępiają. Do takiego domu tylko chce się po pracy wracać. Nawet jeśli w takim stanie.

giphy

 


Nie jestem coachem i pewnie się mylę, ale… co tam. Kochać pracę można tylko wtedy, kiedy ma się rodzinę. Wcale nie wtedy, gdy jest się singlem i co najwyżej zapłacze za tobą jeden z czterech kotów. Praca, którą lubisz jest tym bardziej fajna, kiedy rodzina widzi, że to, co robisz to nie toksyczny związek, który cię niszczy, ale proces w trakcie którego wlewa się w ciebie energia i radość – to wszystko, czego nie daje ci tłuczenie kotletów w niedzielę. To wszystko paradoksalnie sprawia, że te niedzielne kotlety nie brzmią już jak koniec świata, kres samorealizacji i spełnienia. Rodzina jest więc też (czasami) po to, by mimo twojej kilkudniowej nieobecności w domu zamiast Zostań powiedzieć: Jedź. Bo: wiem, że chcesz. I nie wydzwaniaj z głupimi pytaniami.

-Ostatnio nie zadzwoniłeś przez dwa dni… Czy ty mnie w ogóle kochasz?

-Nie dzwoniłem, bo ogarniałem WSZYSTKO przez dwa dni, żebyś mogła spokojnie pracować. To chyba jednak znaczy, że kocham, nie?

Tak to sobie tłumacz. Całe życie. I mnie też.

Odpowiedź do artykułu “Rodzina, praca i „cała reszta”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *