O spokojnej wycieczce z czterolatką na Wafel…

Kraków2

…czyli tekst o czymś, co nie istnieje.

Istnieje za to coś innego – możliwość wyćwiczenia w sobie umiejętności przedkładania jej potrzeb, oczekiwań i marzeń ponad swoje. Tych ostatnich jest tyle, że ciężko wyłuskać to, co naprawdę jest marzeniem, a co tylko marzenie udaje. A te pierwsze i drugie często zlewają się z moimi wizjami. Tak więc nie zawsze się udaje (oj, akurat ja wiem to najlepiej), a czasami się nie powinno. Tylko.. co z tego, skoro okazuje się, że warto?

Po ostatniej wyprawie do Krakowa, którą spędziłam na przyglądaniu się dziecku i towarzyszeniu mu w niczym nie skrępowanej zabawie, dotarło do mnie, że oczekiwania mojego dziecka są bardzo podobne do moich. Biegać i nie być co chwilę strofowanym. Myśleć o tym, co jest wyżej. Chcieć to zobaczyć i buntować się przeciwko tym, którzy łapią za nogi ściągając na ziemię. Słyszeć raczej „można” niż „nie wolno”. Wchodzić gdzie się da i nie słuchać dobrych rad, z których ta  najważniejsza to „uważaj na siebie”. Wejść na wszystkie karuzele i dmuchańce świata. Kręcić się, nawet jeśli czasami robi się niedobrze. Zjeść frytki bez słuchania komentarzy o tym, że zdrowsze są warzywa i mięso. A potem lody. Najlepiej kilka razy. Ubrudzić się. Nie poprawiać co chwilę opasek i spinek. Biegać boso i z rozpuszczonymi włosami (jak Roszpunka!). Kąpać się w fontannie. Rzucać w siebie mokrymi ubraniami.

A wszystko to najlepiej w Krakowie. I najlepiej razem.

W ostatni weekend maja prawie-że-letni program atrakcji obowiązkowych zaliczony przez moją pół krakuskę objął bajeczną i kolorową Paradę Smoków (a także dam dworu, księżniczek, rycerzy i królów). Imprezę organizowaną od lat przez Teatr Groteska, której tegoroczne założenie zamykało się w świetnie zrealizowanym przez twórców potworów haśle „Smoki z czterech stron świata”. Wydarzeniu towarzyszył Smoczy Piknik Rodzinny – a więc szereg atrakcji i masa bardziej lub mniej kreatywnych sposobów na wydawanie monet w kontekście Dnia Dziecka.

 

 

Poza wspomnianą paradą krakowski trip obejmował standardowe formy rozrywki praktykowane za cichym przyzwoleniem dziadków i rodziców:

  • Pogoń za gołębiami
  • Dokarmianie ptaków obwarzankami
  • Lody na Grodzkiej i na Placu Szczepańskim (koniecznie mleczne i czekoladowe)
  • Kąpiel we wszystkich napotkanych po drodze fontannach
  • Przepychanie się między straganami z nie schodzącym z ust pytaniem „kupisz mi?”
  • Ostre negocjacje dotyczące zakupu artykułu pierwszej potrzeby dziecka, które ma w domu 3 balony wypełnione helem. Czwarty balon wypełniony helem jest arcyważny z tego względu, że czwartego nie ma (Rozumiem. Mam tak samo z butami)
  • Siadanie na każdej jednej ławce na Plantach, z przerwami na deptanie trawnika i zrywanie stokrotek
  • Chodzenie po murku, zeskakiwanie i zdzieranie kolan
  • Przejażdżka tramwajem, ostra jazda bez trzymanki z samodzielnym kasowaniem biletu
  • Wspinanie się na pomnik Adama Mickiewicza
  • Ukrywanie się przed tatą w bramie i ujawnianie swojej obecności przerażającym „bu!”
  • Zabawę w chowanego
  • Naukę topografii miasta i nazw własnych (Wiesz mamo? Ta rzeka nazywa się Wisła. A Zamek w Krakowie to Wafel)
  • A na koniec rytuał powrotu bez powrotu (występujący także pod nazwą wielkiego powrotu bez końca), który w skrócie zarysowuję poniżej, godząc się na tę publiczną rodzicielską klęskę:

Hania, zbieramy się do domu. Jest już późno, trzeba się wykąpać i zjeść kolację.

Dziecko ani drgnie. Nic nie słyszy, mimo iż nie zdiagnozowano u niej żadnych problemów laryngologicznych. Zakładam, że są one trudne do zdiagnozowania, ponieważ występują jedynie sporadycznie, dziwnym trafem nigdy wówczas, gdy pada pytanie o frytki, pizzę czy lody.

Haniu, za minutę idziemy do samochodu. Zbieraj zabawki, robi się już ciemno.

Odpowiedzią nadal pozostaje głucha cisza. Milczenie bliskie poezji. Słychać tylko wiatr potrząsający drzewami. Aż chciałoby się westchnąć za Mickiewiczem „Jedźmy, nikt nie woła”).

Haniu, zaraz pójdę do domu bez Ciebie.

Przez ciszę przebija się spokojny głos. Oczywiście, że dodatkowo nie pada na mnie cudny wzrok. Dziękuję więc i za to: Dobrze mamo, jak bardzo chcesz, to możesz iść.

Tak wygląda spacer po Krakowie w wykonaniu dziecka. Zawsze dłużej niż zakładamy. Zawsze dwa kroki w przód, a potem trzy w tył. Zawsze z zapadaniem w kamienny sen na ostatnim zakręcie przed domem. Tak wygląda Kraków, kiedy spaceruje się po nim jej śladami. Ścieżkami, które nie chcą już być naszymi. Bo dawno temu zapomnieliśmy o tym, że to mogą być jakieś ścieżki.

Spacer1

Tak wygląda szczęśliwe dziecko. Takie, któremu raz na jakiś czas pozwala się chodzić tymi ścieżkami. Będąc rodzicem. Bo będąc dziadkiem lub babcią ma się częściej takie zagrania.

IMG_0388

A takie są założenia dot. kwestii bezpieczeństwa tego eventu:

1. Należy zawsze mieć te ścieżki w zasięgu wzroku.

2. Należy zawsze mieć dziecko i jego potrzebę szaleństwa w zasięgu serca.

2 odpowiedzi do artykułu “O spokojnej wycieczce z czterolatką na Wafel…

  1. zapadazmrok

    Świetne punkty! Też się ich staram trzymać.
    Co do rytuału – z mężem jest podobnie, nie? 😉 Melodia życia. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *