O „doświadczaniu” Trójmiasta…

Są chwile, na które nigdy nie będzie mi żal ani czasu, ani pieniędzy.

Kilka takich przeżyłam w Trójmieście… a potem w domu, gdy córka wchodząc ze mną do domu po spacerze wykrzyczała w progu tato, widziałam dęby, klony, brzozy, ani jednej wierzby nie było, ale śpiewał ptak. Słowik albo kos.

To są chwile będące wystarczającym dowodem na to, że dziecięca ciekawość świata, potrzebuje nieustannie pożywki, którą serwować powinniśmy my – dorośli. Zabierać na wycieczki i spacery po ciekawych miejscach. Opowiadać nie tylko o „brum brum”, ale o ciężarówkach, wyścigówkach, osobówkach, Skodach, Fiatach, Fordach, oponach i wymianie żarówki. Nie tylko o „kwiatkach, a psik!”, ale o konwaliach, żonkilach, kaczeńcach i kaktusach.  Może się mylę (przyznaję szczerze, że większość moich rodzicielskich teorii powstaje „na czuja”), ale mam przekonanie, że zaszczepienie w niej już dzisiaj tej umiejętności zadawania pytań i szukania odpowiedzi za kilka lat zaowocuje. Mam też już nie przekonanie, a pewność, że radość z własnego rozwoju jest stanem uzależniającym. W każdym wieku.

KSIĄŻKI VS. DOŚWIADCZENIE

Można bazować oczywiście na teorii, najlepiej tak świetnie zaserwowanej jak (między innymi, bo nie wyłącznie) ta autorstwa Wydawnictwa Dwie Siostry i Mizielińskich, w książce Pod wodą, Pod ziemią:

pod_ziemia_1  rozkladowka-pod-ziemia-pod-woda 

Ale z drugiej strony książki, filmy i opowieści warto czasem (a nawet często) zastąpić wyprawą w miejsce, w którym wiedza wchodzi do głowy poprzez zabawę, sama i niezauważona, po to by po jakimś czasie zaskoczyć nas, w najmniej oczekiwanym momencie. Np. w kąpieli, przy wyciąganiu korka z wanny (Mamooooooo, wir wodny!).


POEKSPERYMENTUJMY TROCHĘ…

Centrum Nauki Eksperyment w Gdyni to jedno z miejsc, w którym z dzieckiem warto się pojawić. Podczas wakacji  na przykład, by nie tylko smażyć się na plaży, ale mieć poczucie, że dało się „coś ekstra”. Za mniejsze pieniądze niż te, które wyda się na frytki i mrożoną rybę w byle jakiej, nadmorskiej knajpie. Albo automaty do gier.  48 złotych – tyle kosztuje bilet rodzinny. A zabawa trwała ponad 4 godziny. Cztery godziny, po których czterolatka wie między innymi:

  • Ile wody jest w organizmie dorosłego człowieka, a ile w ciele noworodka.
  • Którą częścią języka odczuwamy najbardziej smak kwaśny, którą słodki.
  • Jak brzmi bicie serce i jak pracują płuca.
  • W jaki sposób z organizmem połączone jest oko.
  • Jak widzi pies a jak koń.
  • Co to jest echolokacja.
  • Jak to jest (jak trudno!) poruszać się po mieście na wózku inwalidzkim.

Była okazja, by posłuchać śpiewu różnych ptaków (jak mało jest obecnie dzieci, które rozróżniają dźwięk słowika od kosa, sroki od wrony. Jak mało jest takich dorosłych wiemy doskonale sami). By zobaczyć, jak pracują pszczoły i jak powstaje miód, przeżyć trzęsienie ziemi, poznać zwierzęta leśne, dzikie i domowe po śladach ich łap (kopyt/nóg) i zrozumieć skąd się bierze echo.

Można było też zjechać na zjeżdżalni, która przypomina wielki model serca (dziecko wyjeżdża przez aortę. Chyba. Nie znam się). I poczuć się trochę lepiej i pewniej ze swoją trzydziestką na karku (mówię o sobie), kiedy mąż oglądając w kabinie przyszłości to jak wyglądać będę jako 70-latka zapewnia mnie, że jest to wersja „still hot”.

[Taaaa… Akurat]

75

Jeśli ze wspomnień wyłączy się ten przykry moment, w którym widzi się własną twarz postarzoną o 45 lat (wtf?), to przyznać można z ręką na sercu, że wyprawa była więcej niż udana.


SOLIDARNIE Z DZIECKIEM

Podczas tego samego weekendu odwiedziliśmy jeszcze jedno miejsce – Europejskie Centrum Solidarności, a de facto zlokalizowany w tym miejscu Wydział Zabaw zarekomendowany przez znajomego z „internetów”, który ponadto spotkał się tam z nami dając mi kolejny tego weekendu (już drugi) dowód na to, że w internecie są normalni ludzie. Albo po naszemu nienormalni, co na jedno wychodzi.

Europejskie Centrum Solidarności ulokowane w bliskiej odległości od Stoczni Gdańskiej z zewnątrz przyciąga uwagę, ale wewnątrz wręcz zachwyca. Ogromna ilość zieleni, ciekawa architektura, mnóstwo zakamarków, które dziecko może do woli (przy czujnej obserwacji panów ochroniarzy) odkrywać. Jest przy tym miejscem, w którym poznać można ogromny kawał naszej historii, bogatym w zdjęcia, filmy i inne materiały, z którymi obiecałam (sama sobie) się zapoznać jak Hanka będzie starsza i jak tylko z tych opowieści i materiałów będzie w stanie wyciągnąć wiedzę, która ją zainteresuje. A ja przy niej także, bo przyznaję szczerze, że porażką (moją własną, ale też polskiego szkolnictwa – jak się okazało w rozmowach ze znajomymi) jest to, że przez tyle lat obowiązkowej edukacji tak mało czasu i uwagi poświęca się temu okresowi, który dla Polski był ważny, i którego echa wybrzmiewają do dziś. W związku z czym my, mając lat 20, 30 i wzwyż, tak często nie wiemy, w którym dzwoni kościele.

Wszystkie towarzyszące nam w Centrum Solidarności baterie odmówiły posłuszeństwa i współpracy (wymownie), ale odsyłam Was do galerii na stronie internetowej, a na zachętę zacytuję tylko jedno zdanie ze strony internetowej tego miejsca:

Dzieciaki dowiedzą się tu w praktyce, m.in. ile dobrego można zdziałać wspólną pracą i że razem można więcej.

Nic nie poradzę, że podobają mi się miejsca, które mają misję i konsekwentnie ją realizują. Nawet projektując 400m2 „małpiego gaju” dla najmłodszych, którzy o polityce mogą nie wiedzieć nic, ale już o współdziałaniu i byciu „solidarnym” często wiedzą dużo więcej niż my. Na szczęście.


I PO WEEKENDZIE…

Patrzę na zdjęcia z wycieczki, rozmawiam z Hanką, słucham, jak opowiada o swoich wyprawach i obiecuję sobie, że znajdę czas. Jeszcze więcej czasu na to, by zapewnić jej takie wspólne chwile. A sobie – komfort psychiczny, że moje dziecko rozwija się tak jak chce, jak może, jak potrafi i cieszy się tym rozwojem. Nie czując się gorsza, jak coś przyswaja wolniej, ani lepsza – jak coś innego przychodzi jej z dużą łatwością. Idzie w tym kierunku, w którym chce, w swoim tempie. Szuka wiadomości i informacji, które ją ciekawią. bawi się zdobywaniem wiedzy. Śmieje się opowiadając o tym, jak się tworzą morskie fale, a ja słucham i słucham i nagle muszę przerwać, bo trzeba pobiec za nią. Podnieść ją wyżej, nacisnąć przycisk, przeczytać opis lub instrukcję działania.

Chciałabym tak całe życie biec, a potem już tylko mieć świadomość, że śmiejąc się tak jak w Gdyni, pobiegnie sama. Tam gdzie chce.

Tak chcę.

[Tak mi dopomóż Bóg. I polski systemie edukacji]

IMG_0081

Odpowiedź do artykułu “O „doświadczaniu” Trójmiasta…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *