Muzeum Śląskie. Jak zachwyca, jeśli nie zachwyca?!

Należymy do tych rodziców, którzy lubią zabierać ze sobą dziecko prawie wszędzie. Na wesele, urodziny, imprezy do znajomych. Do restauracji, do sklepu i na spacer. Czasami wychodzi nam to świetnie. A czasami wychodzi bokiem.

Odwiedzanie muzeów jest jak łowienie ryb. Trzeba dorosnąć do tego, by sprawiało przyjemność. By nie irytował fakt, że obok może być ktoś, kto oczekuje od nas powściągliwości w wyrażaniu emocji. Kto uważa, że lepiej by było, gdybyśmy kontemplowali. Tłumacząc na język dziecka – stali (lub siedzieli) w jednym miejscu i byli cicho.

W zeszłym tygodniu Hania w muzeum była pierwszy raz. Nie była zasadami zdziwiona, bo od kilku miesięcy jedną z najczęściej wybieranych przez nią książek „na dobranoc” jest historia o Pieńku, który otwiera muzeum. To jest bardzo dobra książka!

pieniek+otwiera

Pieniek jest … pieńkiem. Dosłownie. Spersonifikowanym. Ma przyjaciela – Świerka. I mądrą babcię, która potrafi rozwiązać każdy problem. Ponadto Pieniek jest zbieraczem. Ze spacerów tak, jak wiele dzieci, wraca z kamykami, patykami, liśćmi i sznurkami. To właśnie te zbiory stają się eksponatami w jego muzeum.

pieniek3.jpg

pieniek2.jpgPieniek dzięki swojej mądrej babci wie, co to jest dzieło sztuki. Że może powstać z niczego i zachwycać. Wie, że coś takiego jak patyk i sznurek może się spodobać odwiedzającym (a może by tak… Historia o Pieńku jako wprowadzenie do sztuki współczesnej?).  Wie, co to jest katalogowanie zbiorów. Wie też, że zwiedzanie muzeum polega na spacerowaniu wokół eksponatów i podziwianiu. Że panować musi cisza, bo nikomu nie wolno w podziwianiu sztuki przeszkadzać.

Hania dzięki Pieńkowi też to wie. W teorii. Dlatego też zareagowała bardzo entuzjastycznie na propozycję odwiedzenie nowej siedziby Muzeum Śląskiego. Atrakcyjności całemu wypadowi dodawała ważna dla niej informacja – że muzeum znajduje się na terenie dawnej Kopalni Węgla Kamiennego.

Tym sposobem dowiedziała się o muzeach trochę więcej. Że muzeum to miejsce, w którym nie tylko mama, ale także groźny pan ochraniacz może zwrócić jej uwagę. By nie dotykała kostiumów z Centrum Scenografii Polskiej, nie przybijała piątek manekinom i aby respektowała istnienie granic wyznaczonych sznurkami odgradzającymi ekspozycję od widza. Pierwsze minuty zwiedzania w myśl tych zasad upłynęły nam nie tylko w spokoju i uśmiechu, ale nawet w poczuciu pewnej dumy z bycia dużą dziewczyną w poważnym świecie. Potem zaczęły się schody. Dosłownie.

Bo najważniejsze w muzeum były korytarze i schody. Sporadycznie konkurowała z nimi winda. Architektoniczne rozwiązania zastosowane w nowej siedzibie muzeum stanowiły dla mojego dziecka istny labirynt z Krainy Czarów. Zbiegała, wchodziła, zawracała, szukała alternatywnej drogi. Znikała z zasięgu wzroku na kilka sekund, po to by po chwili pojawić się piętro wyżej i krzyczeć do mnie, nieźle udręczonej już wycieczką, Hello mama, tu jestem! Surowe jasne wnętrza i kubatura obiektu stanowiła największą atrakcję dla czterolatki. I dla mnie w jej towarzystwie również. Po wyjściu sporo frajdy dało też opalanie się na leżakach, podziwianie centrum Katowic, wąchanie kwiatków i uciekanie przed pszczołami. Ona uciekała, a ja uświadamiałam sobie raz za razem, że nie jestem stworzona do ciągłego tłumaczenia: nie dotykaj, nie biegaj, nie oddalaj się, bo się zgubisz, trochę ciszej, powoli, nie śpiewaj, słuchaj jak pani opowiada.

muzeum

Nową siedzibę Muzeum Śląskiego warto zobaczyć. Jeśli się czuje przynależność do Śląska, ciekawość i szacunek do jego skomplikowanej historii – to nawet trzeba. Niekoniecznie należy przy tym zabierać ze sobą 4-letnie dziecko. Bo choć są tam ekspozycje, które uwagę dziecka przykują (a obok muzeum stoi 47-metrowa wieża wyciągowa szybu kopalnianego, do której dobudowano panoramiczną windę, której moje dziecko nie mogło sobie odpuścić), to jednak miejsce służy innym celom. I oglądanie wielu pięknych obrazów (naprawdę pięknych!) kilkulatkowi (przynajmniej mojemu) podobało się tak gdzieś do dziesiątego obrazu.

Ponadto w naszym przypadku istnieją przyjemniejsze sposoby na spędzenie czasu z dzieckiem niż ciągłe kontrolowanie kilkulatka, który ma ochotę przytulić się do co drugiego manekina, przycisnąć nos do każdej mijanej gabloty i kłaść się na podestach tuż obok ekspozycji. Tak właśnie było. Tylko w przerwach między zwracaniem uwagi trafialiśmy na coś, co prawdziwie intrygowało. Na chwilę.

Wiem, że początki z reguły bywają trudne. A jednak… obserwuję na portalach społecznościowych i w blogosferze rodziców zaprzyjaźnionych z muzeami i wystawami wszelakimi, którzy przekazują swoją pasję dzieciom. Na zdjęciach małe księżniczki dzielnie pozują przy rzeźbach i obrazach. Nie wyglądają na znudzone, ani zniechęcone. Spacerują między eksponatami w (tak sobie to wyobrażam) względnej ciszy – dzieci się uspokajają, układają emocje, mają bezpośredni kontakt z „ładnymi rzeczami” (jak to mówi moja córka). Tak więc – ja naprawdę wierzę, że muzeum może być odpowiednim miejscem dla dzieci. Dla czyichś na pewno może. My jednak zaliczyłyśmy falstart.

Tym samym Hanna na pytanie czy kiedyś jeszcze chciałaby zobaczyć muzeum, odpowiedziała wymijająco:  Być może tak. Ale już nie dzisiaj (wyższa szkoła komunikacji i public relations)  Cóż. Skoro według mojego dziecka każdy może być kimś, to dlaczego akurat miałby być miłośnikiem muzeów a nie fontann na rynku, hm?

Drogie Piękne Muzeum Śląskie, nie złość się na nas. Jestem wielką fanką Waszej nowej siedziby i całego szerokiego spektrum Waszej działalności. Wznosicie Katowice na wyższy poziom. Od zawsze. Więc sama na pewno szybko tu wrócę. A z córką kolejne podejście zrobimy niebawem. Pieniek przecież w procesie edukacji nie mógł ponieść porażki.

Ta historia ma ciąg dalszy…

Po powrocie z muzeum nadal chętnie sięgamy po opowieści o Pieńku. Córka jednak postanowiła raczej tworzyć dzieła sztuki niż w milczeniu się nimi zachwycać. Tymczasowo została artystką-plastyczką. Od tygodnia każdego popołudnia z piankowych kulek kreuje wielopokoleniowe rodziny węży i układa je na półce oznajmiając, że to eksponaty.

-Mamo, zrób ze mną wąża!

-Haniu, nie mówimy „wąża”, tylko „węża”, wiesz?

 

Po kilkunastu minutach powstaje mój pierwszy WĄŻ.

 

-Mamo, jaki ładny ten twój węż!

-Haniu, nie mówimy „węż” tylko „wąż”.

 

Chcę szybko zmienić temat, ale moja córka nie jest z tych kobiet, które by odpuściły (that’s my girl!)

 

-Dlaczego, mamo?

 

Przyznaję się do winy. Ja – filolożka oddaliłam pytanie.

P.S. Zdjęcie tytułowe pochodzi z fan page’a Muzeum Śląskiego na FB. Zachęcamy do polubienia!

2 odpowiedzi do artykułu “Muzeum Śląskie. Jak zachwyca, jeśli nie zachwyca?!

  1. Pingback: Muzeum, level up! | little big events

  2. arek

    tldr, ale do łowienia ryb nie trzeba dorastać, za gnoja sprawiało mi to frajdę, teraz szkoda mi tych biednych stworzeń. Kiedyś ludzie ze zwierzętami hodowlanymi to było 15% biomasy, to nie były bardzo odlegle czasy, jakieś 30 lat temu. Teraz jest odwrotnie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *