Kortez. Maszyna do tworzenia wzruszeń

Kiedy ktoś śpiewa to do końca nigdy nie wiadomo, czy jest tylko medium emocji, czy śpiewa o własnych doświadczeniach. Czy w środku coś przeżywa, czy te przeżycia musi sobie wyobrazić, żeby móc zaśpiewać w taki sposób.

O Kortezie nie wiemy w tym temacie nic. Ale to nieważne.

studio

Już samo mówienie (albo śpiewanie) o miłości, pisanie o niej książek i wierszy daje odbiorcom wiele. To praktyczna funkcja sztuki, którą ubóstwiam. Poza estetyką piosenek jest w nich wtedy coś więcej. Fakt, że ktoś (być może) będzie chciał z piosenki skorzystać, by coś przekazać, coś komuś powiedzieć o sobie, o swoich uczuciach, dotknąć albo chociaż zbliżyć się do ważnego tematu. Piosenka ludziom pomaga. Bez dwóch zdań. Jak książka i poezja. Zrozumieć, zapomnieć (albo sobie przypomnieć), pokochać, przestać kochać, zachwycić się, zastanowić, wybaczyć, opowiedzieć o swoich oczeiwaniach, zareagować na czyjeś oczekiwania. Uświadomić sobie co nieco na własny temat. Lepiej i skuteczniej niż dzięki alkoholowi.

Całe życie spędzam na poszukiwaniu takich artystów, u których muzyka idzie w parze ze świetnymi tekstami. Mam swoją listę muzycznych poetów, których płyty mielę bez ustanku. Rzadko pojawia się ktoś, kto mi tę listę odświeża. I odmładza. A tym razem pojawił się on.

Pojawił się, by pokazać, że można zachwycać innych wzruszać ich i robić to w zgodzie z samym sobą. Z tym jakim się jest i kim się jest (nawet jeśli się jest wyrośniętym zbirem o wrażliwości poety).

Wiem, jak łatwo można ten zachwyt skrytykować i podważyć. W tych piosenkach jest za dużo westchnień, emocji, wzruszenia nad światem i sobą. A świat jest przecież brutalny, okrutny, brzydki, ludzie egoistyczni. Także miłość to stan trwający co najwyżej kilka miesięcy. Te słowa i dźwięki naprawdę zapalają we mnie chęć do podważenia tych smutnych hipotez, które ludzie przyjmują jako prawdy. Piosenki Korteza (i nie tylko jego) pozwalają mi bezczelnie lekceważyć tych wszystkich (pożal się Boże) artystów, którzy w warstwie tekstowej uprawiają bełkot, z którego nikt nie może skorzystać. Tych, którzy ze swoimi słowami nie potrafią (albo nie chcą) się przebić przez powierzchowność i bylejakość świata.

W miniony piątek Klub Studio w Krakowie pękał w szwach. Wypełniony był po brzegi ludźmi, głównie bardzo młodymi, którzy przyszli posłuchać gościa z gitarą. Cieszy mnie to, że taka muzyka staje się (wiem, jak to brzmi) „modna”. Dobrze mi w towarzystwie refleksji, że… być może typem pożądanym będzie w końcu zamiast wygładzonego żelem bogatego nastolatka człowiek, który myśli i czuje. Być może i przy wyborze swoich partnerów dziewczyny w końcu zaczną brać pod uwagę, że obligatoryjne w życiu we dwoje jest to, by partner posiadał choćby minimalny poziom wrażliwości. Żeby umieć razem żyć. I nie gasić po paru latach światła.

To był najlepiej spędzony czas w piątkowy wieczór. Jestem pewna, że nie istnieje lepsze zwieńczenie męczącego, składającego się z niekończących się spotkań służbowych dnia w Krakowie, od wysłuchania Korteza na żywo.

Niech będzie pochwalona chwila, w której spontanicznie zakupiłam bilet na ten koncert.

PS. Zdjęcie tytułowe pochodzi z fan page’a krakowskiego Klubu Studio. Lajkujcie i przybywajcie tam na koncerty. Jest w czym wybierać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *