Jakich współpracowników (nie) potrzebujemy podczas eventu?

Fot. Paweł Konarzewski

Refleksja z pracy i z różnych eventów, które miałam okazję ostatnio obserwować: nieważne czy organizujesz międzynarodowe targi, bankiet na 1000 osób, czy 50-te urodziny mamy. Prawo Murphy’ego mówi, że zawsze pojawi się obok Ciebie jakiś „współorganizator”, którego absolutnie Ci nie potrzeba.

Kogo mamy serdecznie dość podczas eventów? Moja prywatna lista zakłada sześć najgorszych (w mojej opinii) typów.

Niestrudzony poszukiwacz „fakapów” – ktoś, kto znajdzie problem na każdy element imprezy. Światło ze sceny na pewno jest za mocne, wykładzina na 1cm2 się zawija (na 100% ktoś się przez nią zabije), a jeśli jeden z 800 gości mówi, że przystawka była niedobra to zwykle oznacza, ze catering był całkowitą porażką. Połowa sali woli siedzieć przy stolikach niż tańczyć? Wybór tego zespołu to porażka. Właściciel firmy dostał wino półwytrawne a nie wytrawne? Fakap! Takim nie ma co tłumaczyć, że jeśli coś dzieje się nie po naszej myśli to dla event managera wyzwanie do okiełznania, a nie problem do opłakiwania.

Ludzie z gatunku „jakoś to będzie” –€“ „jakoś” nie zawsze oznacza „jakość”. Tę wymaganą i pożądaną. A jednak niemało jest tych, którym się wydaje, że  „jakoś” być musi, a stwierdzenie to jest najlepszym wytłumaczeniem dla braku zaangażowania i bezmyślności podczas wykonywania obwowiązków. Takim podziękujemy. W domu i w pracy. Każdej.

Koordynator z tykającą bombą zegarową – nikt nie wie, kiedy wybuchnie. Ewidentnie powinien zapisać się na kurs Anger Management, ale nie zdaje sobie z tego sprawy, że samym swym jestestwem utrudnia pracę innym. Kto powiesił tam ten baner? Krzywo jest! Nikt tego nie widzi?! Gdzie idziesz? Są pilniejsze sprawy! Klient dzwoni! Szybko! Gdzie jest konferansjer! Powinien już tu być! Idź! Nie idź! Stój. Szybciej! Czas leci, Panie. Nie mam dla Pana czasu.

Pracownik, którego drugie imię to „nie wiem, ja tu tylko siedzę”. Dźwiękowiec, który na 10 minut przed koncertem zachowuje się tak, jakby po raz pierwszy zobaczył rider, kelner, który nie wie, o której będzie kolacja, konferansjer nie pamiętający z jakiej okazji organizowany jest bankiet, hostessa, która nie doczytała agendy spotkania, a na koniec ekipa tworząca event, z której ktoś ma odwagę przyznać „nie mam pojęcia”. Albo (wersja hard) koordynator całości, który nie ma pojęcia o całości. Daruj sobie plakietkę „Organizator” – oszczędzisz sobie wstydu, a uczestnikom imprezy rozczarowania.

Ojciec sukcesów, który za Chiny ludowe nie zaadoptuje porażki- w każdej branży tacy się znajdą prawda? Jeśli projekt idzie zgodnie z planem nie omieszka opowiedzieć o tym szefom, kierownikom, dalszej i bliższej rodzinie, nawet sprzątaczkom. Ale jak coś się wali i pali i oczekujemy konkretnych decyzji, ruchów, burzy mózgów i wspólnego nie tylko poszukiwania, ale wdrażania rozwiązań -€“ nagle dowiadujemy się, ze cały ten projekt jest zupełnie bez sensu. Że bardziej jest mój niż jego/jej. Że od początku jemu/jej się nie podobał i co najważniejsze on/ona wiedzieli, ze tak będzie. Jak poradzić sobie z tym typem? Nijak. Najlepiej ominąć i poszukać rozwiązania.

Hipochondryk z zespołem Munchausena – Hipochondryku, tak naprawdę to mnie czasem rozbawiasz. Tak, wszyscy jesteśmy zmęczeni. Tak -€“ po 10 godzinach spędzonych na montażu mnie także bolą plecy i nogi. Nie, nie jesteśmy tu po to, aby się licytować, pokazywać odciski. Nasza praca nie polega na siedzeniu w biurze, Nie, nie masz ataku serca, po prostu się denerwujesz. Nie mam ochoty liczyć Twoich odcisków i złamanych paznokci. Nie, nie będę powiernikiem Twoich wyimaginowanych dolegliwości, lekarstwem na nerwobóle i ból świata. Nie dzisiaj. Pogadamy o tym w poniedziałek, po pracy. Ups. Nie pogadamy, bo w poniedziałek nic już nie będzie Cię bolało 😉

Eventowcy, życzę Wam przeciwieństw tych sześciu typów w pracy i na co dzień. Nie narzekających współpracowników – tylko takich właśnie, z którymi warto robić małe i duże imprezy, mniejsze i większe projekty. Takich, z którymi rano można wypić kawę, a którzy potrafią wyczuć moment, w którym to nie czas i miejsce na pogaduchy. Takich, z którymi da się obgadać źle dobrane buty i fatalnie skrojoną kieckę. Z którymi obśmiać można jednego z drugim. Życzliwie, nie złośliwie. Na poziomie. Takich, od których chce się odpocząć, i do których się tęskni na urlopie.

Dziewczyny moje drogie, do Was to piszę, no stress, 23-24 maja i tak nadejdzie. Cieszcie się, że w tym całym stresie mamy siebie (always look on the bright side of life… or… work) .Przecież mogłyśmy trafić gorzej.

 

 

2 odpowiedzi do artykułu “Jakich współpracowników (nie) potrzebujemy podczas eventu?

  1. arek

    Ludzie z gatunku „jakoś to będzie” – będę Cie cytować. Kiedyś oglądałem film o gościu z rodziny Gracie – pewnie nic to Tobie nie mówi, ale gość który teraz byłby uznany za ‚najniebezpieiczniejszego człowieka na ziemi’ – praktyk mieszanych sztuk walki, który rozwalał wszystkich przez x lat – powiedział że ‚wszystkiego się boi’. Z drugiej strony są idioci którzy ignorancję maskują odwagą. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *