A Wy jak spędziliście weekend?

Life-and-work

Co można robić w czerwcowy piątek i sobotę, kiedy w Katowicach świeci piękne słońce i skwar leje się z nieba (nieustannie)? I kiedy na podwórkach ojcowie pakują samochody na weekend, matki dzielnie dzierżą plecaki z kucykami Pony i kosze z przekąskami, a całe rodziny kierują się nad jezioro, na basen, w góry, albo na ścieżki rowerowe? Powiem wam. Można wtedy jeszcze remontować mieszkanie. Albo jechać do pracy.

Szczęściem w nieszczęściu był oczywiście fakt, że pogoda szybko się zepsuła, więc „nawet dobrze”,  że jest się w pracy. Co mielibyśmy robić w tym deszczu, prawda, skoro można pojechać do Skwierzyny (woj. lubuskie)? Ominąć po drodze wszystkie większe miasta i wylądować właśnie tam. W miejscu, w którym święty spokój, cisza, hotelik nad rzeką, piękne widoki i.. co z tego, skoro musisz wstać o 7 rano i iść do pracy?

Wyznaję zasadę, że czasami ważniejsza od celu jest droga. Dzięki odkrytej przypadkiem aplikacji „Polska Niezwykła” informowałam na bieżąco kolegów o tym, jakie atrakcje możemy napotkać na trasie. Prym wiodły kościoły, parki i rzeźby, ale nie tylko. Bo na przykład, że w Zielonej Górze jest stary rynek, aż kilkadziesiąt różnych rzeźb, deptak i park winny (cokolwiek, co kojarzy się z winem musi być ekstra). I palmiarnia. Czysto teoretycznie – nie ma żadnych przeciwwskazań, aby jadąc do Skwierzyny zahaczyć po drodze o Zieloną Górę. Pod warunkiem, że nie jedzie się z trzema mężczyznami. Mężczyznom  z zasady wydaje się, że spacer deptakiem to nie jest najlepszy pomysł, zwłaszcza, że dojechać do niego się nie da, nie stojąc w korku. A wiadomo, że z przeciwnościami losu tak poważnymi, jak korek na drodze, przedstawiciele wspomnianej płci nie najlepiej sobie radzą. W efekcie przejechałam się samochodem po Zielonej Górze, widziałam billboardy z koszykarzami i żużlowcami, minęłam czeską knajpę i zdążyłam tylko pomyśleć o czeskim piwie.

Trudno było mi było zrozumieć dlaczego nie zobaczyłam palmiarni. Ale jeszcze trudniej było ogarnąć fakt, że niektórzy (nie wskażę palcem) nie mieli czasu na deptak i palmiarnię, a znaleźli na Jezusa ze Świebodzina.

Warto się było zatrzymać, aby zakupić magnes na lodówkę z Jezusem. Zakupiłam – idealny prezent na parapetówę. Pozostaje mi wyczekiwać jakiegoś zaproszenia.

received_992970244048528

 

Czy warto było spędzić piątek i sobotę w pracy? Oczywiście, że tak. Jak zawsze. Warto było się nie wyspać, warto było stać tyle godzin w słońcu i przy okazji opalić nogi.

Poznać starszego pana, który 40 lat pracował w jednym z największych zakładów w Skwierzynie i będąc 400 km od Śląska porozmawiać z nim o Zespole Pieśni i Tańca „Śląsk”. Konferansjera z talentem i pasją, który o swojej okolicy opowiada jak wytrawny przewodnik, ludzi, którzy przez 20 lat pracowali na sukces firmy i dziś, po 20 latach… pracują nadal tak jak na początku – z zaangażowaniem i przekonaniem, że tak trzeba, bo tylko w taki sposób powinno się prowadzić firmę. Tylko tyle. Albo raczej aż tyle. Warto było porozmawiać z przypadkowo napotkanymi ludźmi w parku i spędzić dzień z chłopakami z pracy, pośmiać się, podokuczać, przekomarzać i ostatecznie przynieść im z Lidla te zimne napoje.

Warto było poznać trochę ludzi. Przyglądać się, jak leniwie mija sobota w małym mieście. Zaczepiać ludzi i rozmawiać o wycieczkach rowerowych, okolicznych jeziorach i o tym, że dzieci w upale lubią dużo spać. Sprawdzić stan techniczny blisko 60 samochodów, podpatrzeć pracę specjalistów, a między wierszami usłyszeć najlepszy dialog świata:

-Kasujecie też błędy?

-Wszystkie poza życiowymi.

Do tego w taki dzień pracy warto było… posłuchać rewelacyjnej muzyki z artystycznym teledyskiem w stylu retro i tekstem o prawdziwej pięknej miłości, który mi, jako tej nadwrażliwej bardzo utkwił w pamięci. Na zawsze! (dzięki Piotrek, wiedziałam, że drzemie w Tobie dusza romantyka!)

Słodycz jego ust smakowała w tańcu,
Trochę gniótł ją w biust gruby, złoty łańcuch.
On jej obiecał gwiazdkę z nieba, że zestrzeli sztuczny kwiat,
Że po sezonie sprzeda kebab i że wyruszą razem w świat…

W drodze powrotnej też nie ma prawa być nudno. Można przegrać kilka razy w Quizwanie i posłuchać relacji z meczu Polska-Gruzja (trzy razy się upewniałam, czy nie napisałam Armenia) w radiowej Jedynce. Westchnąć jakieś 10 razy, że o niektórych meczach lepiej słuchać, bo nie ma na co patrzeć.

Można nadrabiać zaległości w analizowaniu zdjęć wrzucanych przez znajomych na facebooka, choć tylko do momentu, w którym nie nastanie taka wichura i wiatr nie zacznie tak targać drzewami, że internet przestaje działać i należy dla bezpieczeństwa skryć się na stacji benzynowej.

Na stacji można mieć ochotę na hot-doga (tak, wiem z czego on jest, nie przyjmuję słów krytyki), wejść w czwórkę i dowiedzieć się, że na samym skraju Polkowic, zostały 3 ostatnie hot-dogi. Jednogłośnie można podjąć zespołowo decyzję, że jemy albo wszyscy albo nikt. I nie jeść wcale. Wejść do baru, by przeczekać burzę. Spojrzeć na mecz, w którym nic poza smętnym 0:0, bez żadnych perspektyw. Stanąć w drzwiach baru i zagapić się na burzę i deszcz przez „pięć minut” (nawet nie przysłowiowe), po to by wrócić do baru i dowiedzieć się, że jest 4:0.

Czasami trzeba wyjechać z biura, by spędzić weekend właśnie tak. A w poniedziałek poprosić o zdjęcia z eventu i znaleźć wśród nich perełkę, taką o:

Fot. Piotr Staniek

Fot. Piotr Staniek

…która absolutnie nie obrazuje ciągu ładnych zdarzeń, które mogą się wydarzyć w pracy.

Albo w drodze do pracy.

Albo w drodze z pracy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *