O wydarzeniu, którym nie pochwaliłam się na fejsie

Bo chyba nie myślicie, że odważyłabym się przed Wami, tymi wszystkimi, którzy publikujecie zdjęcia z Woodstocku i innych festiwali muzycznych, pochwalić się zdjęciem Haliny Frąckowiak podczas koncertu w Suwalskim Domu Kultury?

No ale na blogu to mi wszystko można.

Halina

Zanim po raz pierwszy włączyłam audycje Beksińskiego, zanim pozwoliłam pokierować sobą (muzycznie!) jednemu panu, który najpiękniej mówił „Karawana rusza dalej” zabierając mnie w dźwiękową krainę tego, co niezwykłe i tajemnicze, zanim spotkałam na swojej drodze ludzi, którzy nauczyli mnie słuchać muzyki i zanim po raz pierwszy odwiedziłam wypożyczalnię płyt przy miejskiej bibliotece, byłam po prostu dzieckiem. Słuchałam zakupionych na targu kaset Natalki Kukulskiej i śpiewałam od czego jest fantazja. Moją miłość równo dzieliłam między Natalkę, a płyty winylowe odtwarzane na gramofonie.

Nasz nie był tak piękny jak ten, który udało mi się uwiecznić podczas urlopu (Folwark Nadawki)

Nasz nie był tak piękny jak ten, który udało mi się uwiecznić podczas urlopu (Folwark Nadawki)

Jest taki utwór Mai Sikorowskiej, w którym śpiewa o odnalezionych na strychu starych płytach:

Jak oni grali, Boże mój, jak oni grali!
Jakby z Louisem A. się osobiście znali
I brzmiał cudowny romans drewna oraz stali –
w jedynej skali (…)

Słucham tej piosenki dość często ostatnio, bo Maja Sikorowska jak nikt dodaje mi odwagi przed coming outem. Otóż ja naprawdę to zrobiłam.


Byłam na koncercie Haliny Frąckowiak i to wcale nie był przypadek.

Byłam na koncercie Haliny Frąckowiak i to wcale nie był przypadek.

Wbrew proroctwom mojego męża pani Halina nie tylko dożyła tego koncertu, ale też zaśpiewała całkiem przyzwoicie.

Wbrew oczekiwaniom miłośników kultury wysokiej – po wyjściu głośno przyznałam, że podobało mi się i że wzruszona byłam tak samo jak kiedyś, przy zdartej płycie odtwarzanej w nieskończoność na gramofonie.

Wbrew podejrzeniom wszystkich, byłam tam świadomie, z wyboru i absolutnie nie pod przymusem. Przysięgam, że nie przegrałam żadnego zakładu.

Mimo braku talentu śpiewałam razem z nią, razem z moją mamą i z innymi ludźmi, w niedużej sali Suwalskiego Domu Kultury. Bo te teksty znałam na pamięć.

Taksówką żółtą tak jak China Town,
ruszymy tłumiąc pożar serc
w muzykę, która nie zna prawd i kłamstw,
ale jest, ciągle jest (…)

Papierowy księżyc z nieba spadł,
umarł król, niech żyje król,
znów taksówką sama jadę w świat,
w którym nie liczy się nic
prócz paru szaleństw i bzdur.

Zapłakałam rzewnymi łzami, kiedy usłyszałam o Annie:

Pomiędzy nami odkąd nie ma jej

Zwykłego ciepła mniej i mniej

COMING OUT… I CO DALEJ?

Gustu muzycznego nie wypija się z mlekiem matki. Niemniej jednak rola rodziców może być w tym przypadku (jak zawsze zresztą) nieoceniona. Czy powinnam się wstydzić tego, że na moim odtwarzaczu MP3 między utworami Gaby Kulki, Natalii Przybysz, Bena Howarda czy Czesława Mozila pojawia się Tyle słońca w całym mieście i Parostatek? Czy zostanie mi chociaż jeden znajomy na fejsie, jeśli przyznam, że nie przeskakuję wtedy do kolejnej piosenki?


P.S.1. Zajęta słuchaniem Haliny nie zrobiłam ani jednej fotki. Wykorzystane zdjęcia pochodzą stąd

P.S.2. Czy ktoś poza moją mamą chciałby pójść ze mną na koncert Zbigniewa Wodeckiego?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *