Widokówki z tego świata

Ta chwila, w której w skrzynce na listy pomiędzy rachunkami, propozycjami wzięcia kredytu na preferencyjnych warunkach oraz gazetkami reklamowymi znajduje się kartkę pocztową potrafi zmienić zwykły powrót z pracy w wydarzenie dnia. Przynajmniej w naszym domu. Wychodzi na to, że radość dziecka czasami kosztuje tyle, co znaczek. Najlepiej w euro. 

Papier jest cierpliwy, zwykły mawiać nasze babcie, sugerując, że napisać można wszystko, a życie zweryfikuje co jest prawdą, a co nie. W dzisiejszych czasach wręcz odwrotnie. Cierpliwy jest Messenger, WhatsApp i Snapchat. Łatwy w obsłudze i na każde zawołanie.

Segregując wczoraj wszystkie kartki pocztowe jakie do tej pory otrzymała Hania, umieszczając je wraz z nią z namaszczeniem w otrzymanym w prezencie pudełku (jak się okazuje – na listy), łączyłam się w bólu ze wszystkimi dzieciakami, które wiedzą o istnieniu adresów mailowych, ale nie mają pojęcia o tym, ile emocji może wywołać fakt, że ktoś zna nasz adres zamieszkania. Zwłaszcza, jeśli nie jest to skarbówka ani ZUS.

Wszystkich, którzy zdążyli o tym zapomnieć zapraszam do odwiedzenia nas w chwili, kiedy w skrzynce pojawia się nowa pocztówka.

message

Ekstaza – to chyba najbardziej odpowiednie słowo obrazujące reakcje Hanki na pocztówki od chrzestnego. Kartki zaadresowane są na nią (Tu spójrz mamo, tu jest napisane HA-NIA. Czyli to nie do ciebie tylko do mnie), zwykle w trzy sekundy po ich wręczeniu zasypywane są całą serią jej pocałunków, i uświadamiają mi, stojącej wówczas obok i sprowadzonej do roli narratora (tak, wiem, że to także ktoś ważny), że nawet jeśli ktoś jest daleko, może być obecny w ciekawy, kreatywny i wartościowy sposób. Właśnie przez pisanie (kolejne odkrycie na miarę filologa).

Za każdym razem, gdy pocztówka pojawi się w skrzynce następuje nerwowe oczekiwanie na otwarcie drzwi mieszkania i prośby: czytaj proszę, co tu jest napisane? Na niewielkiej powierzchni takiej pocztówki chrzestny Hani zawsze zmieści nie tylko uściski i buziaki, ale także kilka zdań z podróży – o misiu koali, którego można spotkać w Australii, o wulkanie w Gwatemali, o palmach, które chronią przed słońcem w Czarnogórze, o przygodzie na safari czy ruinach Majów. Kilka zdań, jak kilka kropel, które zaczynają drążyć skałę.

A gdzie jest Afryka? Daleko? Można pójść czy trzeba jechać? Lecieć samolotem?! Po niebie? Samolot macha skrzydłami jak ptak? Można wtedy dolecieć do słońca? Jak ktoś stoi na wulkanie to wybucha i leci do nieba? Skąd się bierze lawa? Ten kolala to groźny niedźwiedź czy miś? A tukan to inaczej papuga czy zwykły ptak?

Chwilę później piaskownica zamienia się w arenę do przekazywania mądrości równolatkom: Natala, mówię ci, niedźwiedzia się trzeba bać. Ale misia kolali nie trzeba, bo on je liście, czyli jest dobry.

Każda pocztówka to początek rozmowy i przygody. Zaraz po przeczytaniu kartki trzeba zająć się oglądaniem filmów przyrodniczych i zdjęć ze wszystkich safari świata, jakie człowiek współczesny utrwalił i zamieścił w internecie. Wszystkich youtubowych historii i instagramowych zdjęć. A po przejrzeniu internetów wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu tygrysa i lamparta już się wie, będąc mamą Hani, już się czuje w kościach, że właśnie kolejny raz otwiera się w naszym domu sezon na wieczorne przeglądanie map wydawnictwa Dwie Siostry (przysięgam, że mnie nie jestem przez nich opłacana!) mapy

plansze_poziom.indd

Albo, co gorsza na czytanie książki Pod ziemią, pod wodą z rysunkami Mizielińskich, która potrafi strącić z piedestału na długie tygodnie nawet Roszpunkę, a ze względu na objętość „kradnie” mi (to jest właśnie to „co gorsza”) minimum godzinę przed snem. I o godzinę przesuwa zasypianie Hani. Nie będzie lampki wina wieczorem, nie będzie streama, kiedy trzeba omówić, w jakim miejscu na świecie mieszkają słonie (nikt nie mówił, że macierzyństwo jest łatwe).

1

[Słowo na niedzielę dla rodziców – czytajcie tę książkę dzieciom! Czego ja się z niej nie dowiedziałam! Nadrobiłam wszystkie zaległości, które kumulowały się od 6 klasy podstawówki, kiedy to na lekcjach geografii i biologii odpływałam myślami do jakichś przystojniaków ze starszych klas. Czekam tylko na propozycję Mizielińskich, dzięki której nadrobię braki z matematyki i fizyki].


CZASAMI PRZYCHODZĄ TEŻ KARTKI-NIESPODZIANKI… JAK TA:

list3

Dwa tygodnie temu chrzestny Hani drugi rok z rzędu został pośrednikiem nie byle jakim, albowiem przekazał jej list od Św. Mikołaja. Najprawdziwszy Mikołaj z Laponii pisze w tym liście, by była nadal grzeczna i nie zapomniała mu odpisać przed świętami. Hania odpisała od razu dołączając listę życzeń i tym sposobem od września (Boże, toż to potrwa cztery miesiące!) codziennie odpowiadać musimy na istotne pytania: Czy dziś przyjdzie Mikołaj? lub Dlaczego jeszcze nie było Mikołaja? albo: Dlaczego on nie przychodzi? tudzież: Może zadzwonimy do niego i zapytamy kiedy przyjdzie?

Kiedy nie odpowiadamy na te arcyważne pytania, a mimo to nie odbieramy telefonów, wiedzcie, że zajęci jesteśmy zaglądaniem do szaf, zakamarków i wszystkich kątów oraz otwieraniem drzwi balkonowych średnio 5 razy dziennie, aby sprawdzić, czy jednak święty nie zostawił czegoś bonusowo przed 24 grudnia. Bo skoro list Hani zniknął z parapetu następnego dnia po jego napisaniu to musi oznaczać to (dedukuje czterolatka), że prezenty już jadą.  Prawda, mamo, prawda? Jadą czy nie jadą ?!

Prawda. Jadą.

Już niebawem pokonają kilka tysięcy kilometrów i połowę mojej wypłaty  dwie moje wypłaty.*

*edycja nastąpiła po szybkim spojrzeniu na listę, którą skubany umieścił w moim portfelu.

P.S. Pilne! Gdzie w dobrej cenie kupię braciszka albo siostrzyczkę?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *