Hey, that’s no way to say goodbye

Mam w pamięci takie wspomnienia, w których kawalerka wyposażona jedynie w łóżko i stos książek (wynajmowana za ¾ wypłaty), wino z przedostatniej półki sklepowej i byle jakie tosty z serem (za ¼) zamieniały się w wytworny bankiet i koncert w audytorium największych światowych sal koncertowych. Czasami z paczką ludzi, którzy byli (niektórzy wciąż są) najważniejsi. A czasami tylko we dwoje. Wystarczyło włączyć Cohena.

life-864389_1920

Były wieczory takie, pamiętam, że w pustym mieszkaniu czekało się na cud, a on był tak często blisko, bo wchodził wraz z tym jedynym, z Book of longing pod pachą, na tysiąc jego pocałunków wgłąb. Oficjalnie czy w sekretnym życiu, poza domem i w drodze do domu, wszystkie codzienne (popularne) problemy wydawały się ważne i… pełne ukrytego znaczenia, gdy on był obok. Ten mężczyzna-posąg, symbol wszystkiego, co prawdziwie męskie i realnie budzące kobiecość. Nauczyciel wrażliwości tak wielu osób, a dla mnie – Romeo, na którego całe życie mogłabym czekać na balkonie, gdyby tylko była szansa, że zechciałby przyjść. Platoniczna muzyczna miłość od zawsze i na zawsze, do kogoś, kto jak nikt uczył chłonąć emocje, cieszyć się ze wszystkiego, doceniać wszystko i przeżywać wszystko (także to co boli), nawet jeśli wcale nie chce się tego przeżywać.

Tak dużo wspomnień słów i dźwięków, którym się po prostu bezgranicznie wierzyło.


 

Tego się nie robi ludziom…

Nie jestem znawcą muzyki, nie umiem tworzyć o niej prawd ogólnych ani wyciągać ważnych dla historii muzyki wniosków. Zazdroszczę takim, jak mój kolega Maciej, którzy patrzą (potrafią tak patrzeć) na nią z miliona perspektyw. Ja wiem tylko tyle o muzyce, ile czuję.

wantitYou want it Darker, ta lekcja (nie tylko muzycznej) dojrzałości rozbrzmiewająca w moim samochodzie i słuchawkach przez ostatnie tygodnie, przy premierze już nazywana była pożegnaniem.

Dziś słucham tej płyty kolejny raz i myślę: Pięknie się Pan pożegnał, Panie Cohen. Źle, że to się stało, ale przecież musiało (nikogo nie ominie), a każdy inny dzień na taką śmierć (jakikolwiek), byłby bolesny dla mnie tak samo. Tak samo wkurzający, nieodpowiedni i „zbyt wczesny” jak ten wczorajszy.

Chciałbym, żeby moje piosenki przetrwały tyle czasu, ile przeciętne volvo.

Czyli około 30 lat.

 

(Cohen w wywiadzie dla Zwierciadła nr 6/1928, 2007)

Z całym szacunkiem dla tej muzyczno-motoryzacyjnej metafory, przywilejami twórców takiej muzyki, ludzi o takim głosie i autorów takich słów są dwie rzeczy: miejsce w historii muzyki na zawsze i nieustający szacunek – także kolejnych pokoleń.

O miłość jednej z przedstawicielek tego najmłodszego nie trzeba już zabiegać. Osobiście tego dopilnuję.


Wszystkie piosenki Cohena są moimi ulubionymi. Ale jest jedna, która uruchamia lawinę wspomnień.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *