Event z wczoraj, czyli Małżeński Dzień Kikuta

moznaEtap drugi. On coraz rzadziej akceptuje fakt, że zbyt intensywne i długie pielęgnowanie domowego ogniska parzy mnie w dłonie. Ja coraz mniej rozumiem, że jemu nie pasuje (nigdy nie pasowała) rola wojownika wychodzącego na polowanie i wracającego do swojej kobiety z trofeum w postaci naprawionej klamki albo wymienionej żarówki.

Żonglujemy między sobą zarzutami o nic. On narzeka, że zapalam oświetlenie w domu i go nie gaszę celowo (jemu na złość, ty małpo) i wypomina mi jednocześnie, żebym otworzyła także lodówkę, skoro mieszkanie już musi świecić jak latarnia morska. Na ratunek nie wiadomo komu. Ja wymachuję mu przed nosem ostatnim rachunkiem za wodę, który trzykrotnie przekroczył prognozy. Wymachuję wraz z szumem wody lejącej się z kranu wielką strugą, do jego golenia się czy mycia zębów (chłopie, na co ci ta woda?!).

Obrzucamy się na co dzień mniejszymi i większymi uwagami, nie zawsze serio, czasami z uśmiechem, ale zawsze w punkt. Najsłabszego argumentu używamy między sobą z takim zacięciem, jakby był najmocniejszy. Wiesz co? Spójrz lepiej na siebie?

Witamy w stałym związku. Na dobre i na złe. Prawie wszystko, co na kilka dni przed ślubem było dla nas niemożliwe, nie wiadomo kiedy stało się oczywiste.

z14334076Q,Mily-dzien-

Po (pięknym i krótkim) etapie naginania się i dostosowywania do potrzeb i oczekiwań drugiej połówki zaczynamy akcentować różnice, na podstawie których (no przecież!) się dobraliśmy. Kontrastowo. Jakby coś podpowiadało nam, że lepiej zajmować się codziennie spięciami i przeciągać między sobą linę, niż umierać z nudów oglądając filmy i patrząc sobie w oczy. Ja w tym pięknym, krótkim etapie pierwszym zdążyłam upić się whiskey, obejrzeć jedną cześć Star Wars, wyciągnąć go na recital Bajora i.. wiele innych rzeczy. Potem nastąpił etap drugi.

jon

Dlaczego nie pójdziesz ze mną na spektakl Magdy Umer? A dlaczego nie pojechałaś ze mną na Slipknota? Zobaczmy Papuszę! Nienawidzę polskiego kina. Chodźmy na Gwiezdne Wojny. Do teraz nie wiem czyim ojcem jest Darth Vader i niespecjalnie mnie to ciekawi. Ożeniłem się z kimś, kto nigdy w życiu nie widział Gwiezdnych Wojen? Jak mogłam wyjść za kogoś, kto nie czyta poezji? Chodźmy do restauracji. Nie chce mi się wychodzić. Zamówmy pizze do domu. Na cienkim cieście? Nie, na grubym. Frytki? Ziemniaki! Mielone? Schabowy! Napijemy się whiskey z colą? Nie będę profanował whiskey. Zrobisz kawę? A Bozia rączek nie dała? Wymienisz żarówkę w samochodzie? A Bozia rączek nie dała?

Jesteśmy tak skrajnie różni, a jednocześnie w jednym podobni – wciąż nie nauczyliśmy się wybaczać sobie nawzajem własnych różnic. Nadal twierdzimy, że to, czym się różni ode mnie on jest dużo gorsze od tego, czym ja się różnię od niego. Głupie, nie?


Kilka dni temu we śnie przyszła do mnie blondynka z Play. Wiecie, ta uśmiechnięta i niezbyt rozgarnięta, która proponuje całkiem nowe rozwiązanie, więcej minut i nowy model, który wydaje się taki idealny, bo posiada to, co wydaje mi się potrzebne. Zaznaczam więc spośród setek opcji:

  • Głos Nicka Cave’a albo Leonarda Cohena
  • Spojrzenie Jona Snow
  • Cierpliwość mojego dziadka
  • Zaangażowanie w rodzinę, dojrzałość i przyzwoitość mojego teścia
  • Umiejętność tworzenia słów Wiesława Myśliwskiego
  • Ciekawość świata Kapuścińskiego (no dobra, niechby chociaż Tochmana)
  • Wrażliwość na piękno świata i ludzi Tadeusza Różewicza
  • Kreatywność i szaleństwo Andy Warhola
  • Poczucie humoru mojego męża, jego podejście do Hani i umiejętność rozbawienia mnie do łez
  • Szelmostwo i klasę Humphreya Bogarta
  • Dystans do siebie Andrzeja Poniedzielskiego
  • ksiaze

I wszystko w tym śnie byłoby piękne, ale błogi stan przerywa znów umowa na wiele lat, podczas której warunki zmienią się co najmniej kilka razy, tak samo jako nasze potrzeby, oczekiwania i my sami. Podpisałabym tę umowę na pewno, gdyby nie to, że nie ma w niej ani słowa o tym czy ten mix Cave’a, Snowa, Kapuścińskiego, Warhola z Myśliwskim, Różewiczem, Poniedzielskim i Andrusem to rzeczywiście rozwiązanie dostosowane do moich potrzeb. Czy pasować będzie do mnie bardziej? Albo czy w ogóle.

Czy taki „Idealny MIX” wiedziałby, że mam ochotę jeszcze trochę pobyć dzieckiem? Że jeśli jestem uszczypliwa to prawdopodobnie jestem głodna. Czy wykazałby się zrozumieniem mojego męża wiedząc, że nie ma dla mnie wycieczki, jeśli plan nie obejmuje restauracji, nieważne jakiej. I że dla dobra sprawy lepiej to z góry zaplanować (albo do plecaka spakować jabłko lub kanapkę, która uratuje nas z najgorszej opresji). Że jak się najem to przeproszę za wszystkie złe słowa, które padły kiedy byłam głodna. Że jak mnie obudzi za wcześnie to mogę zacząć płakać i zarzekać  się, że rzucam jego, pracę i wszystko wokół dopóki nie pozwoli mi się w spokoju wyspać. Że nie dzielę się kołdrą i preferuję damsko-męski podział obowiązków domowych. Że czasami płaczę, bo chcę, a nie dlatego, że mam powód. Że zostaw mnie w spokoju absolutnie nie oznacza, że ma to zrobić, a mam już tego naprawdę dość to bynajmniej nie groźba rozwodu. Nawet jeśli potem googlam papiery rozwodowe ostentacyjnie komentując, że wyłącznie z lenistwa, wcale nie ze świadomej decyzji, nie uzupełniłam jeszcze tej sterty, która pozwoliłaby nam się rozejść. Czy objąłby mnie wtedy jak on i powiedział Chyba oszalałaś. To wciąż jeszcze nie jest powód.

Poczucie niesprawiedliwości wywołuje świadomość, że każdy nowy model, niezależnie od kosztów na początku będzie nazywał mnie Aniołem, po to by kilku latach oznajmić, że w miejscu skrzydeł pozostały mi kikuty. O czym sama doskonale wiem, bo ja będę oznajmiać mu to samo.

Dlatego tak ważne wydaje mi się, by w małżeństwie regularnie (przy czym regularność oznacza „jak najczęściej”) obchodzić Dzień Kikuta. Dzień Czegoś, Co Było, A Czego Nie Ma. Z tej okazji można zachować się jak w etapie pierwszym. Sprofanować whiskey, obejrzeć najpierw polski film, potem inny i nie dyskutować o tym, kto jest bardziej ustępliwy, a kto uparty. Umyć samochód (on) i ugotować obiad (ja). Zsynchronizować życie jak zegarki. Nie kłócić się o drobiazgi, których nie będzie sobie można przypomnieć wieczorem. Sprawdzić, zanim się zacznie narzekać – czy wciąż jeszcze jest szansa, by w miejscu kikutów cokolwiek wyrosło. Jeśli jest miłość (wiecie, takie wyświechtane słowo, które nie wiadomo co znaczy mimo, że świat nie przestaje tworzyć coraz to nowszych definicji), to zawsze wyrasta.

P.S. Rysunki pochodzą oczywiście od Cudownej i Utalentowanej Magdy Danaj

 

4 odpowiedzi do artykułu “Event z wczoraj, czyli Małżeński Dzień Kikuta

  1. Agni

    Wzruszające w taki prosty, fajny sposób. I zwyczajnie miłe. Cieszę się, że Wam się wiedzie, cieszę Waszą colą w whiskey. Serdecznie Was oboje pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *