Co Słonko widziało, czyli muzeum level up!

Hania podczas urlopu, na placu zabaw dzierży pod pachą nie tablet i zabawki, a MamOko na Litery. Tego samego dnia na jarmarku spośród setek pamiątek może wybrać jedną, dowolną i… wybiera książkę. Te dwie wakacyjne sceny usunęły z rejestru moich koszmarów wizje, w których krew z mojej krwi poszerza grono statystycznych Polaków, nie odczuwając potrzeby czytania, ma problem z rozumieniem tekstu, a na teście gimnazjalnym odpada na etapie polecenia.

biblioteka

Jak będę duża to zrobisz mi taką szafkę na książki, ok? (Hanna, 4 l.)

Cieszę się z Hankowych reakcji na prezenty w postaci książek. Oczywiście są one efektem starań nie tylko moich. Wieczorami dzielnie czyta jej także mąż, w ciągu dnia niezliczone ilości książek przegląda z dziadkami, a najlepsze jak do tej pory pozycje książkowe w 90% pochodzą od jej ojca chrzestnego, który już przyzwyczaił młodą damę do tego, że wujek to Mikołaj od książek (i sukienek).

Trzy tomy Miasteczka Mamoko są już nieźle wysłużone przez codzienne kartkowanie. MamOko na Litery, MamOko na Liczby i Pora na Potwora okazały się strzałem w dziesiątkę w procesie nauki liter i cyfr. Krowa Matylda została okrzyknięta najlepszą krową świata, a Pieniek, o którym pisałam już przy okazji wizyt w muzeum, wędruje z Hanią nocą po lesie, śniąc się jej niebywale często. Ośmielę się stwierdzić, że to dzięki miłości do książek Hania potrafi tak opowiadać, zna tyle słów, a źródła, z których płyną pomysły na zabawy na podwórku są absolutnie niewyczerpalne. I mimo, że bywają wieczory, podczas których (wstyd się przyznać) wolałabym włączyć bajkę niż przerabiać setny raz te same zdania – przerabiam je marząc o tym, by nie przestała prosić. I by jak najszybciej nauczyła się czytać sama. Może wtedy i ja przypomnę sobie co to znaczyło czytanie książki jednym tchem, a nie na raty, z których każda wydaje się niewystarczalna.

Książkowe prezenty dla Hani jej chrzestny wybiera (nie wiem czy świadomie, czy nie) według kilku zasad, które bardzo mi się podobają. Nie sposób nie dostrzec tych prawidłowości przy każdej kolejnej lekturze.

Uczą optymizmu. W centrum stawiają takich bohaterów, którzy przez życie idą z uśmiechem. Nie zwieszają nosa na kwintę i nie zachowują się jak obrażeni książęta i księżniczki. Potrafią się śmiać sami z siebie. A jednocześnie podkreślają różnicę między zabawną sytuacją, a naśmiewaniem się z kogoś.

Uświadamiają, że każdy problem jest do rozwiązania – że jest wyzwaniem, które można podjąć na wiele różnych sposobów, i że jego rozwiązywanie może sprawić frajdę i dać dużo satysfakcji. Również obserwującemu te zmagania małemu czytelnikowi.

Dotyczą tematów, które są dla niej ważne. Które należą również do jej świata. Relacji z koleżankami i kolegami, wspólnych zabaw, potrzeby bycia w samotności, rozmów z rodzicami. Wyjaśniają, że mama i tata czasami nie mają czasu, że babcię i dziadka trzeba szanować. Uczą rozstawania się i pokazują jak witać kogoś, kogo kochamy.

Przekazują wiedzę. Może się wydawać, że na tym etapie ta wiedza jest zbędna, a jej zdobywanie nieciekawe. Czy czterolatek powinien wiedzieć co to znaczy katalogowanie, jak wygląda operetka, albo jak funkcjonuje poczta? Czy użyteczne dla niego są słowa: pejzaż, pastele, obiektyw i kalafonia? Czy istotne jest dla niego czym się różni rondel od patelni, a patelnia od garnka? To pytanie retoryczne do tych dorosłych, którzy będąc już dorosłymi dowiedzieli się, jaka rzeka płynie w Krakowie, gdzie stoi Pałac Kultury, co to jest żyroskop, że orchidea to to samo co storczyk i że rodzynki powstają z winogron. Tak. Znam dorosłych, którzy tego nie wiedzieli :)

Są napisane estetycznym językiem. Nie raz natrafiłam na książki dla dzieci z błędami stylistycznymi, na zdania pisane od niechcenia, których składnia aż boli. W ulubionych książkach Hani opowieść płynie, gra, dźwięczy. Samochód nie jest tylko samochodem, ale też pojazdem i autem. Kwiaty to nie tylko kwiaty, ale orchidee, róże i stokrotki. W dobie bylejakości (również języka) takie rzeczy zachwycają. Chcę, aby Hania wyczuwała różnice między mówieniem „na odwal się”, a mówieniem z sensem i mądrze. Jestem przekonana, że dzięki takim historiom jest jej łatwiej. Nawet ja, która mam coraz mniej czasu na literaturę najwyższych lotów, a nieustannie odczuwam ochotę na literacką przygodę, z czytania tych zdań czerpię przyjemność. Przynajmniej przez pierwszych kilkanaście razy.

Nie ma w nich miejsca na stereotypy. Pippi, mimo, iż jest samotna i mała, świetnie sobie radzi z problemami, których czasami nie potrafią rozwiązać nawet dorośli. Pieniek jest artystą, który tworzy dzieła sztuki i będąc chłopcem nie wstydzi się płakać. Matylda jest rozrabiającą krową, ale jej żarty nie biorą się ze złośliwości. W książkach Hani czasami jakieś dziecko nie ma mamy albo taty, czasami ma inny kolor skóry, czasami jest odważne i przebojowe, a czasami zamknięte w sobie. Każde jest ciekawe i wartościowe.

Uczą dobrych postaw. Przepraszania. Naprawiania błędów, które się popełniło. Tego, że nie mylą się ci, którzy nie chcą się rozwijać i siedzą w miejscu, że każdy może zmienić zdanie. Uczą poruszania się w świecie dobrych i złych zachowań i radzenia sobie z tymi drugimi.

Pokazują, że dziecko jest ważne. Że jest małym dorosłym człowiekiem – z emocjami, z którymi musi sobie radzić i problemami, których nikt nie powinien bagatelizować. Zajączkowi uciekł balon i pofrunął do nieba?  Ty Głupi Rodzicu! Ten Zajączek nie chce teraz słuchać o tym, że był nieuważny i że nie dostanie ani złotówki, aby zakupić kolejny. Wolałby próbować go dogonić, albo złapać. Zorganizować wyprawę poszukiwawczą, nawet taką, która zakończy się porażką.


Wróć. Właśnie uświadomiłam sobie, że to miał być tekst o muzeum! I będzie.

muzeum

O tym, że muzeum raczej Hani nie zachwyciło mogliście przeczytać tutaj. Jako, że jednak z reguły się nie poddajemy podczas urlopu zrobiliśmy kolejne podejście. Tym razem trafiłyśmy do muzeum imienia tej pani – utalentowanej kobiety pozytywizmu, wykształconej, obytej w świecie i na wskroś samodzielnej, która w czasach, w których mało komu znane było pojęcie rozwodu czy separacji, zdecydowała się na odejście od męża i samodzielne wychowanie sześciorga dzieci. Pisarki, która za nic mając konwenanse zamieszkała w końcu z inną artystką, z którą przez dwadzieścia lat była w związku (po śmierci obu przez kilka lat nawet ich prochy spoczywały w jednym grobowcu).

Wstąpiłyśmy do Marii, o której dziś mało kto (nawet z tych czytających) wie cokolwiek, i o której mało kto pamięta.

Maria-konoplicka-plac-szlak-krasnoludkow-Suwalki

Tak nas przywitała Maria

Muzeum mieści się w domu, w którym Maria Konopnicka się urodziła i spędziła pierwsze lata życia. Zebrano w nim pamiątki, zdjęcia, cytaty z utworów, setki wspomnień, i… co najważniejsze dla Hani, ogród, który znajduje się za domem zamieniono w Zaułek Krasnoludków.

Konopnicka nigdy nie figurowała w moich listach najlepszych polskich pisarek i poetek, ale oczywiście jej twórczość znam. Między innymi historia Mendla gdańskiego czy Naszej szkapy uczyła mnie wrażliwości, której (stety? niestety?) mam w nadmiarze. Do dziś wzruszają mnie słowa Roty i nie wyobrażam sobie dzieciństwa swojego (i mojego dziecka) bez opowieści o Krasnoludkach i sierotce Marysi, bez wiersza o Stefku Burczymusze i bez historii o tym Co słonko widziało.

W kontekście tego, co napisałam powyżej wycieczka do Zaułku Krasnoludków była wręcz obowiązkowym punktem programu podczas urlopu. Jak było?

  • Brak ludzi – nie wiem, czy to dlatego, że byliśmy tak w tygodniu, że Suwałki to nie jest najbardziej oblegana przez turystów miejscowość, czy może wystarczył fakt, że to jest muzeum?
  • Dziecko otrzymało kartkę z zadaniami do wykonania, pośród których znalazło się m.in. szukanie w ogrodzie gąsek zgubionych przez sierotkę Marysię, odnalezienie rubinów zawieszonych na drzewie i tajemniczych kluczy, a także krzesełka i stolika krasnoludka. Po drodze natrafiało na wskazówki, ale też atrakcje odciągające uwagę od zadań: monidło, puzzle z bohaterami stworzonymi przez Konopnicką, tron, na którym można zasiąść, dwa lustra, z których w jednym widzimy siebie jako krasnoludka, a w drugim – jako wielkoluda, magiczną studnię, przy której można usiąść, by posłuchać bajek i … jeszcze kilka innych.
  • Cała wyprawa zajęła nam ok. 30 minut i to był czas wystarczający na kontakt z literaturą od tej innej strony. Nie sądzę, by przesada była w tym wypadku wskazana. Wydaje mi się nawet, że dla bardziej energicznych dzieci mogłaby być ciężka do zniesienia.
  • Zadania nie były niemożliwe do wykonania przez czterolatka, aczkolwiek na pewno większa frajdę sprawiłyby już płynnie czytającym, starszym dzieciom.
  • Po oddaniu wypełnionej karty z odpowiedziami i wręczeniu jednego z rubinów pani na kasie nagrodziła małą bohaterkę odznaką z Zaułku Krasnoludków, dyplomem uznania oraz zakładkami do książek.
  • Przy kasie miłe zaskoczenie cenami – bilet do Zaułka Krasnoludków kosztował całe 4 zł. Zwiedzanie wystawy w domu Konopnickiej odbywało się nieodpłatnie.

 

Serdecznie polecamy !

Odpowiedź do artykułu “Co Słonko widziało, czyli muzeum level up!

  1. Pingback: Stronger together | little big events

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *