Nie zawsze „jakoś to jest”

Tak, wiem. W każdej pracy zdarzyć się może piekło – brukowane dobrymi chęciami.

Mamy taką sytuację. Samorząd studencki zorganizował (tradycyjnie) otrzęsiny. Studenci chcieli, władze uczelni się zgodziły. Do pewnego momentu było „fajnie”. Potem tłum stłoczył się w zamkniętym przejściu i wybuchła panika. Nie było czym oddychać, wybijano szyby, kilka osób zostało stratowanych. W wyniku obrażeń zmarły trzy osoby. Zbyt przerażające, by nazwać to zwykłym niedopatrzeniem organizatora, prawda?

Polskim zwyczajem jest przekrzykiwanie się w takim właśnie momencie o winnych. Fakt natomiast jest jeden póki co: że jedyną osobą, która usłyszała zarzuty jest przewodnicząca samorządu. W dalszej kolejności może je usłyszeć rektor uczelni.

Kiedy czytam (a potem myślę) o tej dziewczynie, to przypominam sobie siebie samą. Najpierw w liceum, kiedy czytając ustawę o organizacji imprez masowych z 1997 roku (bo lektur o eventach to było wówczas jak na lekarstwo) poszukiwałam na korytarzach szkolnych wyjść ewakuacyjnych i zastanawiałam się, dlaczego mnie nikt nie pyta o to, czy o nich w ogóle pomyślałam. Nie umiem sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek ktoś dawał mi do tych drzwi klucze? Bo że zawsze były zamknięte (wszyscy byliśmy niepełnoletni, istniało ryzyko wniesienia alkoholu, wejścia kogoś niepowołanego na teren szkoły) to akurat pamiętam. Pozostaje mi tylko wierzyć, że nie dawano mi ich wyłącznie dlatego, że miał je w kieszeni któryś z nauczycieli. I że ten nauczyciel był za ewentualną ewakuację odpowiedzialny.

Potem przypominam sobie siebie na studiach i podczas wszelakich wolontariackich eventów. To przerażenie w oczach, kiedy przyszło się zetknąć po raz pierwszy z imprezą masową. Pismami, odwołaniami, zezwoleniami, zakazami. Na wszystko były ustawy. Na wszystko były paragrafy. Tyle samo było ważnych wydarzeń w przypadku których nikt konieczności działania zgodnie z przepisami nie kwestionował, ile takich, przy których przymykano oko, zasłaniając się tym, że to przecież impreza zamknięta. Nie masowa. Że nikt nie przyjdzie i ludzi nie przeliczy. Że uczestnicy rotują, więc ciężko będzie ocenić ich ilość.

Rozpoczynając studia ma się zwykle 19 lub 20 lat, niewiele wie o organizacji imprez masowych, i opiera na tym, co mówią poprzednicy. Albo władze uczelni. Słyszy więc taki świeżo upieczony przewodniczący: tego tematu nie ruszaj, zawsze tak robiliśmy i nic się nigdy nie stało. Jak go ktoś o coś nie zapyta, to on raczej nie nie pyta pierwszy. Zakłada, że to „drobiazgi”. Sprzedaje i nie wręcza paragonów, nie wie, że istnieje jakiś limit w ilości osób, które mogą przebywać w budynku, wie za to, że jeszcze nigdy nikomu nic się nie stało, a impreza odbywa się przecież co roku. Albo jeszcze gorzej  – nie słyszy nic. Bo wszyscy wokół wychodzą z założenia, ze mają poważniejsze sprawy na głowie. Czy ktoś, kto przywyknie do takich „standardów” (albo raczej do ich braku) będzie przekonany o tym, że są tematy, w których nie wolno mu popełnić najmniejszego błędu? Czy jest w stanie wziąć odpowiedzialność za całe wydarzenie? Czy w sytuacji awaryjnej z pełnym przekonaniem mógłby wypowiedzieć poniższe słowa?

keep-calm-im-your-event-manager

W większości przypadków naprawdę się nic nie dzieje. I osoby z takimi nawykami, o ile chcą związać swoją późniejszą karierę z szeroko rozumianą pracą w event marketingu, reklamie, PR-ze, czy kulturze, przenoszą swoje przyzwyczajenia na rynek. I potem mamy agencje eventowe, które z oszczędności ograniczają ilość ochroniarzy, brak strażaka na imprezie masowej, nieprecyzyjną dokumentację związaną z ewakuacją (albo brak takiej dokumentacji). Mamy nieopłacone ubezpieczenia imprez, niezabezpieczone elementy sceniczne, samochody wjeżdżające w tłum gapiów, spadające (tfu! to mój najgorszy z sennych koszmarów) trawersy i wiele innych. Zdarza się to rzadko. Ale niestety to taka branża, że… jak już się zdarzy to  konsekwencje niedopatrzenia są tak tragiczne, że żadne słowo (nawet FAKAP) nie jest odpowiednim do sytuacji komentarzem.

To wszystko skłania do wyciągnięcia dość smutnych wniosków (wysnułam trzy):

Po pierwsze: przepisy dla organizatora wciąż są bardziej problemem traktowanym jako zbędne, pozbawione sensu ograniczenie ich (tu ulubione słowo eventowców) KREATYWNOŚCI, aniżeli zasadnym obostrzeniem mającym na celu bezpieczeństwo.

Po drugie: nabywanie wiedzy związanej z organizacją eventów (w tym znajomość odpowiednich przepisów) w wielu agencjach eventowych nie jest (niestety) wymogiem. Westchnąć można tylko z tego powodu, że dla wielu, którzy chcieliby się nazywać eventowcami zdobywanie tej wiedzy nie jest potrzebą.

Po trzecie: zamiłowanie do używania słowa fakap oraz „kreatywność, otwartość, łatwość w nawiązywaniu kontaktów” nie poparta znajomością przepisów i zwykłą troską o bezpieczeństwo uczestników imprezy to za mało, by klient i branża traktowali wielu organizatorów poważnie.

Pssst! Na zakończenie dodam, że w mediach co rusz przewija się informacja o dopalaczach, którym grupa studentów raczyła się podczas feralnej imprezy. Nie zdziwiłabym się, gdyby miały one co najmniej taki sam wpływ na bezpieczeństwo, jak wspominana non stop szerokość łącznika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *